Na południu Europy historia budynków zwykle bywa ciekawa. Katedra w Palmie też taką ma: najpierw była tu rzymska cytadela, potem meczet, aż gdzieś w XIII wieku powstała wielgachna gotycka katedra. Ja w zasadzie nie lubię zwiedzać kościołów, ale czasem trafia się na coś rzeczywiście niezwykłego. Katedra w Palmie robi wrażenie: jej kształt przyrównywany do statku zacumowanego przy brzegu, no i przede wszystkim wnętrze, przebudowane m.in. przez Gaudiego i jego uczniów. Szczególnie ciekawe są witraże – kolorowe światło rozświetla ludzi siedzących w ławach, co daje niesamowity efekt. No i detal, detal...
niedziela, 27 maja 2012
sobota, 26 maja 2012
Kaffee und Kuchen
![]() |
| Meine kleine erdbeere Kuchen. |
Czas w końcu zacząć wrzucić parę zdjęć z Majorki, bo tam ładnie było. Na początek jednak parę słów wstępu.
Majorka to fajne miejsce, tyle że ekstremalnie turystyczne. Okolice Palmy – stolicy Balearów – są w zasadzie jednym wielkim kurortem. Nie jest to nic złego – spacer wzdłuż morza piętnastokilometrowym bulwarem przy plaży jest nie da się ukryć maksymalnie przyjemny. Samo miasto za to ma ogromną ilość atrakcji do zaoferowania – bo i masę zabytków, i w ogóle jest tam ładnie.
Poza Palmą też jest ciekawie. Można przejechać się do Soller starym, drewnianym pociągiem, przez góry i pomarańczowe sady. Można pojechać zwiedzać jaskinie, które są, nie da się ukryć, bardzo spektakularne. Do tego można też posłuchać koncertu klasycznego nad jeziorem w jaskini. Można zwiedzać rzymskie ruiny. A można też po prostu leżeć na plaży popijając sangrię, co też czyniłem, a jakże.
Ciekawostką z okolicy, w której mieszkałem, był fakt, że najpopularniejszym daniem oferowanym przez wszystkie restauracje i nadmorskie kawiarenki było "Kaffee und Kuchen". Ceny wahały się w niedużym przedziale, niemniej jednak ta oferta była stałym punktem programu. Drugie najpopularniejsze danie to był chyba Bradwurst, na trzecim miejscu postawiłbym Wienerschnitzel. Po jakimś czasie przyzwyczaiłem się już, że w każdym sklepie zagadywano mnie po niemiecku, nauczyłem się też ładnie konwersować po hiszpańsku (– Kaffee, bitte. – Mit Kuchen? – Natürlich!).
Z niemieckich lokali najdziwniejsze wrażenie zrobił na mnie niejaki Mega Park – coś a la zruinowana gotycka katedra w stylu lepszego Las Vegas (nie wygląda bardzo plastikowo, ale kicz i tak straszliwy). To hala wielkości hali biletowej na Dworcu Centralnym, pełna ogromnej ilości niewielkich wysokich stolików, przy których Niemcy piją piwo z wielkich kufli. Na ścianach ogromne telebimy z teledyskami do bawarskiej muzyki, na niektórych stolikach tańczą skąpo ubrane dziewczęta, a podstarzała klientela macha rączkami w górze – dziwaczny widok, jak na hiszpańską wyspę, głównie z uwagi na skalę.
Zresztą wszystkich europejskich narodowości było tam pełno, no ale też nie ma się co dziwić: to jedno z wymarzonych miejsc w Europie, żeby mieć tam swój domek i sobie pomieszkiwać, szczególnie w spokojniejszym okresie życia. Ładnie, ciepło, no i morze. Szczególnie, że nie jest tam bardzo drogo. Oczywiście, knajpy są drogie jak wszędzie na zachodzie, ale sklepy już nie aż tak bardzo. Noclegi (hostel, ale z fajnym pokojem z łazienką) też bardzo spoko. Jeździć sobie można autobusem albo pociągiem (sieć kolejowa bardzo rozwinięta nie jest, ale kilka tras jest, co jak na wyspę jest ciekawe).
Wyspa jest dość malownicza, ale też bez przesady. Góry są całkiem fajne, ale nie robią takiego wrażenia jak np. na Teneryfie. Za to morze i plaże są naprawdę fajne.
Tylko zimno dość było, szczególnie woda. Dlatego ograniczyłem kąpiel do mniej więcej tego, co widać na zdjęciu ;-).
No i na koniec morze, bo przecież jednak o morze tak naprawdę w takich wyjazdach chodzi :).
Herbata z żelkami w Warszawie!
Dziś polecanka.
Dawno dawno temu w Chinach pierwszy raz natknąłem się na coś, co okazało się mega popularne w całej Azji - bubble tea, czyli herbatę z żelkami. Jest to mleczna herbata, robiona albo na bazie herbaty czarnej, albo zielonej, często o silnym owocowym smaku, sprzedawana w dużych plastikowych przeźroczystych zafoliowanych kubkach. Główna atrakcja to jednak pływające w niej czarne kuleczki tapioki, które wciąga się specjalną szeroką słomką. Takie żelki.
Jak się okazuje, w Warszawie natknałem się już na dwa miejsca, gdzie taką herbatę można dostać.
Pierwsze to Bubbleology na Chmielnej - franczyza zdaje się z UK, wszystko w stylu naukowym. Sprzedawcy to bubbleolodzy, którzy za pomocą skomplikowanej aparatury robią te bąbelki (a przecież tak naprawdę - żelki) w herbacie. Wybór jest spory, są herbaty na mleku, jest kawa, są herbaty owocowe bez mleka. Poza tapioką można też poprosić o dorzucenie takich fantastycznych kuleczek z sokiem owocowym w środku (pękają na języku wylewając ten sok). Te o smaku liczi są zdecydowanie najlepsze.
Drugie miejsce to Boba Boba w nowych podziemiach Dworca Centralnego. To jest z kolei franczyza prosto z Tajwanu, więc od razu fajniej. Ceny chyba trochę niższe, kolejka mniejsza, jest nawet ładniej, a na dokładkę można sobie samemu wybierać, co do tej herbaty czy kawy ma zostać wrzucone. Wybór smaków podobny - herbaty są robione na bazie czarnej herbaty, jaśminowej bądź oolong, kawa jest dobra z ekspresu, a kuleczki z sokiem równie smaczne.
Swoją drogą, w ogóle nowe podziemia Centralnego to fajne miejsce teraz - dużo tam ciekawostek.
A herbatę z żelkami polecam, bo jest absolutnie mega :)
środa, 16 maja 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















